wtorek, 30 września 2014

Amber Moon

Tegoroczna jesień rozpieszcza nas pogodą. Jest już koniec września, a słońce gości u nas prawie każdego dnia. Zachęca nas do jesiennych spacerów podczas których można podziwiać paletę barw zdobiącą drzewa w parkach i lasach. Tylko sporadycznie zdarzają się pochmurne dni. Najlepiej poprawić sobie wtedy humor i spędzić choć chwilę w cudownym aromatycznym nastroju. Kilka dni temu postanowiłam, że właśnie w ten sposób umilę sobie wieczór. Otworzyłam pudełko z woskami  i zaczęłam wybierać ... Już prawie w kominku znalazł się jeden z moich ulubieńców, jednak w ostatniej chwili skusiłam się na wosk Amber Moon :) 


Na sucho pachnie naprawdę niesamowicie. Jest to delikatnie słodkie, a zarazem eleganckie połączenie paczuli, drzewa sandałowego i aromatu bursztynów. Byłam ciekawa jak ten zapach rozwinie się podczas palenia. Bałam się jednak, że aromat paczuli  będzie zbyt ciężki, dlatego w kominku znalazła się tylko ćwiartka wosku. Zapaliłam tea light i wyszłam z pokoju, aby sobie zaparzyć kawę. Po powrocie miałam wrażenie, że znalazłam się w jakimś orientalnym kraju. Nie był to bazar pachnący przyprawami i owocami, ponieważ aromat był bardziej subtelny. Skojarzył mi się z pałacem sułtana w którym ciepłe wieczorne powietrze miesza się z kadzidłowym obliczem magi. Wszystko wokół jest eleganckie i stonowane. Czekałam, kiedy pojawi się magiczny duch zamknięty w lampie, by spełnić moje trzy życzenia:)
Kompozycja Amber Moon jest wielopoziomowa. Każda minuta palenia ukazuje inne oblicze. Zaczyna się od słodyczy bursztynów, która staję się elegancka w połączeniu z drzewem sandałowym. Po chwili pojawia się paczula, która niesie ze sobą romantyczną nutę. Przy dłuższym paleniu ujawnia się aromat, który przypomina mi męskie perfumy z dodatkiem cytrusów, które nadają nieoczywistej świeżości. Na koniec wszystkie aromaty łączą się, tworząc całość, czyli jedyny w swoim rodzaju zapach. Muszę jednak zaznaczyć, że pomimo obecności aromatycznej paczuli, zapach jest raczej delikatny. I niestety nie jest trwały bardzo szybko ucieka z pomieszczenia. Już po dwóch godzinach zapach rozpłynął się.


Swoimi wrażeniami podzieliłam się ze swoją koleżanką, która tak jak ja jest fanką zapachów Yankee Candle i też już paliła Amber Moon. Powiedziała, że dla niej to również orientalny aromat. Opowiedziała mi o wystawie poświęconej Buddzie, na której kiedyś była. Słuchając jej wspomnień, uznałam, że wystawa musiała być niesamowita. Stanowiła swojego rodzaju rytuał oczyszczenia. Na stole ustawione były przedmioty, w które trzeba było kilka razy stuknąć albo zakręcić nimi. To wszystko stanowiło rodzaj tradycyjnej modlitwy, która kończyła się oczyszczeniem. A magi dodawał unoszący się wokół eksponatów aromat paczulowych kadzideł. Koleżanka dodała, że zawsze gdy zapali Amber Moon wraca wspomnieniami do tej tybetańskiej podróży.


Amber Moon jest zdecydowanie egzotyczny i nastrojowy, ale na pewno nie przytłaczający i ciężki. Ten zapach na pewno dołączy do listy moich ulubionych i czekają nas wspólne jesienne wieczory. Mam nadzieje, że w deszczowe dni pomoże mi na chwilę uciec w trochę cieplejsze i bardziej słoneczne miejsca. Czy Was ten zapach przeniósł w jakąś egzotyczną podróż ? 


wtorek, 23 września 2014

Relaxing Rituals - Tranquil

Od kilku tygodni w moje życie wkradł się drobny stres. Jestem w trakcie zdawania ważnych egzaminów. Choć długo się do nich przygotowywałam, odrobinę obawiam się, że może mi się powinąć noga. Proszę, trzymajcie za mnie kciuki :). 
 
Od dawien dawna wiadomo, że zapachy działają kojąco na człowieka, a mi bardzo przyda się chwila odprężenia i ukojenia nerwów. Tylko jak zdecydować się na jeden zapach, kiedy gama zapachowa Yankee Candle jest tak bogata? Długo nie musiałam się jednak tym przejmować, bo Yankee wyszło naprzeciw wszystkim nerwusom i stworzyło kolekcję wosków Relaxing Rituals.


Ja zdecydowałam się sięgnąć po wosk o nazwie Tranquil. Nie wybrałam tego wosku bez przyczyny. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to nazwa, która jest jak dla mnie zabawna i śmiesznie się ją wymawia. Drugie, to obecność mięty w tym zapachu, za którą przepadam i nie często niestety znajduję ją w świecach Yankee. Po trzecie, wybrałam ten zapach, ponieważ przy pierwszym wąchaniu wcale nie przypadł mi do gustu, wydał mi się „łazienkowy”. Zrobiłam sobie na przekór albo po prostu chciałam się przekonać czy Yankee Candle znowu mnie zaskoczy. Oczywiście zaskoczyło! :) 
 
Do egzaminów sporo sobie powtarzałam, ale z każdą godziną nauki miałam wrażenie, że umiem coraz mniej. Postanowiłam, że muszę trochę odciążyć umysł i skupić się na czymś innym. Wzięłam się za porządki w swoim pokoju, a żeby robiło mi się to przyjemniej, zapaliłam wosk.
Tranquil od początku był dobrze wyczuwalny, choć zapaliłam tylko połówkę wosku. Nie musiał się nawet stopić w całości, żebym dobrze go czuła. Mimo wszystko zapach nie był przytłaczający, a raczej niósł ze sobą miętową świeżość, która mi się skojarzyła z lekkim zapachem pasty do zębów :). Im dłużej się palił, tym łagodniejsza stawała się mięta, a swoje piękno zaczęła pokazywać lilia. Tranquil przypomina mi aromat mokrego piasku na plaży i spienionej wody morskiej. Na mnie takie zapachy z całą pewnością działają kojąco. 
 
Wosk spełnił swoje zadanie w 100%. Zapach działa bardzo uspokajająco. Jest świeży, powoduje mimowolny uśmiech na twarzy i chęć głębokiego odetchnięcia.
Ten zapach mnie zaskoczył i szczerze mówiąc jestem bardzo ciekawa, jak reszta zapachów z tej kolekcji może zadziałać na mój nastrój :D


wtorek, 16 września 2014

Urodzinowe prezenty, czyli „Wołanie grobu” Simon'a Beckett'a

 
Nie wiem jak to się dzieje, ale lipiec i sierpień jeszcze bardziej pogłębiają moje książkowe uzależnienie. Zawsze po wakacjach mam coraz mniej miejsca na półkach z książkami. W gruncie rzeczy czytam dosyć często, ale w słoneczne wakacyjne dni wręcz pochłaniam książki :)
W zeszłym roku razem z siostrą dałyśmy mamie (która również jest molem książkowym) na urodziny prezent z nieprzypadkowym tytułem „Wołanie grobu”(tak, wiem wyrodne z nas córki). Mamie prezent się spodobał :)


W wakacje, przeszukując półki w domu, natrafiłam na ten tytuł i postanowiłam, że to będzie kolejna pozycja po którą sięgnę.
Zacznę od sylwetki samego autora, Simon'a Beckett'a. Zaczynał jako dziennikarz, pracował m.in. w „The Times” czy „The Daily Telegraph”. Za swoje wcześniejsze nowele kryminalne otrzymał nagrodę Marlowe Award. Jednak szerszej publiczności znany może być z powieści „Chemia śmierci”, którą też debiutował w świecie thrillerów medycznych. Powieść ta, to pierwsza część serii thrillerów, w których głównym bohaterem jest antropolog sądowy, doktor David Hunter.
Ja swoją przygodę z Beckett'em zaczęłam od dotychczas ostatniej, czyli czwartej części, „Wołanie grobu”.
Akcja powieści toczy się w dwóch różnych przestrzeniach czasowych. Pierwsza to wydarzenia sprzed ośmiu lat, kiedy to spotykamy doktora Huntera, szczęśliwego męża i ojca. Zostaje on wezwany do konsultacji w sprawie okrutnych zabójstw popełnionych na młodych dziewczynach. Zabójca przyznał się , a teraz ma wskazać miejsca ich pochowania. Śledztwo jednak zostaje przerwane, a życie doktora Huntera wywraca się o sto osiemdziesiąt stopni.
Druga część dzieje się już w czasach teraźniejszych. Tym razem dowiadujemy się, że groźny zabójca sprzed lat, uciekł z więzienia. Doktor Hunter ponownie zostaje wezwany do badania starej sprawy, jednak tym razem sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Dookoła wyczuwalny jest wszechogarniający strach i niepewność...
Jak sprawy się potoczą i kto jest łowcą, a kto zwierzyną dowiedzcie się sami :)
Na wstępie zaznaczę, że cała seria jest tak skonstruowana, że każdą jej część można czytać jak oddzielną książkę. Gdy czytałam „Wołanie grobu” nie miałam wrażenia, że jakieś fakty mi umykają, bądź nie wiem kto kim jest. To duża zaleta samej książki, jak i całej serii.
Fabuła interesująca i wciągająca. Jestem fanką thrillerów medycznych, dlatego już na samym początku książka u mnie zapunktowała.
Beckett bardzo sprytnie zbudował akcję w powieści. Na początku, wydarzenia dzieją się powoli, swoim tempem. Akcja przyspiesza dopiero na samym końcu pierwszej części. Później rozwija się już szybciej, by na samym końcu bardzo przyspieszyć. Uważam , że autor świetnie sobie poradził ze zbudowaniem napięcia. Jednak nie jestem pewna, czy nie za dużo rzeczy działo się naraz w jednym momencie. Cóż, to thriller więc powinien mieć ten dreszczyk emocji, ale nie jestem do końca przekonana, czy akcja powinna być aż tak skumulowana...
Bohaterowie są według mnie bardzo dobrze nakreśleni. Każda postać jest barwna i wyrazista, ma swój indywidualny styl. Beckett pozwala odbiorcy zagłębić się w umysły bohaterów.
Dzięki zabiegowi retrospekcji możemy być świadkami tego, jak zmienia się światopogląd głównego bohatera, doktora Huntera.
Z całą pewnością mogę stwierdzić, że „Wołanie grobu” trzyma w napięciu :) Zupełnie się nie spodziewałam, że wszystko rozwinie się w tak nieoczekiwany sposób. Spodobało mi się również to, że zakończenie książki jest otwarte, co z pewnością świadczy o tym, że będzie jej kontynuacja. W mojej ocenie powieść Simon'a Beckett'a pt. „Wołanie grobu” zasługuje na mocne 4,5 gwiazdki z 6 możliwych. Nie wykluczam również, że zdecyduję się na inną z tej serii powieść, może nawet na wszystkie :)


Pożegnanie Lata - specjalna oferta w Candle Room :)

Specjalna oferta  " Pożegnanie Lata " już dostępna w Candle Room  :) 

wtorek, 9 września 2014

Jesienne nowości - Cranberry Pear



Całkiem niedawno dotarły do nas świece i woski o zapachu Cranberry Pear. Muszę przyznać, że czekałam na ten zapach! Uznałam, że połączenie słodko – kwaśnej żurawiny z cierpką gruszką może okazać się niepowtarzalne, a zarazem intrygujące. 
Zachęcona Waszymi pytaniami odnośnie tego zapachu, postanowiłam od razu przejść do testowania :).

Moim pierwszym skojarzeniem z tym zapachem był zimny koktajl żurawinowy z odrobiną mięty. Wiem, że jest ono dość ciekawe zważając na to, że w zapachu mięty nie ma. Cóż poradzę – mój nos płata mi różne figle :). Po kolejnej próbie 'rozgryzienia' zapachu, Cranberry Pear wydał mi się cierpki, a jednocześnie znajomy. I kolejny raz moje myśli pobiegły w nieoczekiwanym kierunku – tym razem zatrzymały się przy wiśniowym zapachu gumy balonowej Hubba Bubba. Musicie przyznać, że to dość daleko od aromatu żurawiny. Jednocześnie wyczułam w tym zapachu pewną sztuczność. Nie przypominał mi aromatu owoców, bardzie cukierkową słodycz. 
 

Postanowiłam sprawdzić czy zapach zmieni się po zapaleniu. W kominku umieściłam połowę wosku, podpaliłam tea light i czekałam na owocowe aromaty. Początkowo zapach nie był zbyt wyczuwalny, dopiero gdy wosk w miseczce kominka stał się płynny, poczułam jego delikatną woń. Ciężko mi powiedzieć, który aromat był dominujący. Nie była to ani chrupiąca gruszka, ani żurawinowy sos. Taka słodka kompozycja. Z każdą minutą palenia utwierdzałam się w przekonaniu, że jest to zapach podobny do gumy Hubba Bubba, którą uwielbiam ;). 

 
Zazwyczaj wosk palę przez 4 godziny, czyli dokładnie tyle, ile pali się standardowy tea light. Przez ten czas kilka razy wchodziłam i wychodziłam z pokoju. Zapach unoszący się z kominka był wyczuwalny, ale nie przytłaczający. Jego intensywność pozostawała na takim samym poziomie przez cały czas palenia. I choć Cranberry Pear to zapach, który nie jest bardzo mocny, mogę do zaliczyć do jednego z najtrwalszych. Po paleniu wosku jednego dnia, aromat pozostał w moim pokoju przez kolejne dwa. Według mnie jest to wielka zaleta!


Cranberry Pear to zapach słodki, może odrobinę sztuczny i bardzo trwały. Wydaje mi się, że jest subtelniejszy niż pozostałe żurawinowe zapachy Yankee Candle. Choć spodziewałam się gruszki w eleganckim, może nawet wytrawnym wydaniu, zapach okazał się bardzo słodki. Mimo że wyobrażałam go sobie inaczej, okazał się bardzo ciekawy. Z pewnością do niego wrócę. A czy Wy mieliście już okazję wypróbować ten zapach?

wtorek, 2 września 2014

Wrześniowe Zapachy Miesiąca - Mandarin Cranberry i Honey and Spice :)

Wracając wczoraj wieczorem do domu zrozumiałam, że jesień jest tuż tuż. Powietrze stało się już chłodniejsze, wiatr nie przynosi miłego chłodu jak jeszcze kilka słonecznych dni temu, a raczej nakłania do poszukania w szafach apaszek i chust :). Jeszcze tylko kilka dni, a drzewa przyodzieją złoto-czerwone szaty. Jeśli słońce nie opuści nas za szybko, popołudniowe spacery będą bardzo przyjemnie i bajecznie kolorowe :) .

We wrześniu, jak w każdym miesiącu, Yankee Candle przygotowało dwa zapachy, które do końca miesiąca można kupić z rabatem - 20%. Mandarin Cranberry oraz Honey & Spice to moim zdaniem idealne rozpoczęcie aromatycznego jesiennego sezonu :). Oba zapachy goszczą na sklepowych półkach już od kilku lat. Jednak czasami zapachy można odkrywać na nowo przy każdym paleniu. Ja mam właśnie taki plan na wrzesień :).

 
Mandarin Cranberry to jeden z pierwszych zapachów mojej przygody z Yankee Candle. Muszę przyznać, że podczas lata trochę o nim zapomniałam, bo wybierałam raczej kwiatowe i świeże aromaty. Jednak ostatnio w moje ręce wpadł ten żurawinowo - cytrusowy wosk i stara miłość odżyła. Zapach jest cudownie owocowy, jednak przy dłuższym paleniu wyczuwalna jest delikatna kwaśna nuta. Choć nie przepadam za cytrusami w świecach, Mandarin Cranberry gości w moim kominku wraz z nadejściem każdej jesieni.  


Drugim zapachem jest Honey & Spice, który jest zupełnie inny. Słodki, rozgrzewający, a jednocześnie elegancki. Kiedyś usłyszałam porównanie, że Honey & Spice jest jak herbata z dużą ilością miodu i odrobiną przypraw. Rzeczywiście coś w tym jest. :) Miód jest bardzo wyraźnie wyczuwalny w tej zapachowej mieszance. Nie jest jednak go za dużo, a zapach nie jest mdły dzięki przyprawom. Choć nie są one mocno wyczuwalne, stanowiąc raczej delikatne tło, idealnie równoważą miodową słodycz. 


Wydaje mi się, że wrześniowe zapachy miesiąca podbiją niejedno serce oraz staną się miłymi towarzyszami długich jesiennych wieczorów.