wtorek, 29 lipca 2014

Margarita Time

Mocny, świeży i owocowy. Taki powinien być moim zdaniem idealny zapach na lato. 
Ale czy taki zapach istnieje? Postanowiłam się przekonać.
Świece oraz woski najczęściej palę jesienią i zimą. W lato, szczególnie podczas upalnych dni, rzadziej po nie sięgam. Jednak są dni, kiedy brakuje mi zapachu w pokoju. I wtedy pojawia się pytanie, który zapach będzie najlepszy? Nie za delikatny, bo chciałabym go poczuć nawet przy otwartym oknie. Najlepiej taki, by kojarzył się z wakacjami, ale jednocześnie dodawał motywacji do pracy,kiedy do urlopu jeszcze daleko. Wymagania są duże :)
Na szczęście odkryłam zapach, który idealnie spełnia moje oczekiwania. To Margarita Time! Choć jest to zapach bardzo cytrusowy, a ja nie jestem fanką takich aromatów, postanowiłam dać mu szansę. W pewne słoneczne popołudnie mój wybór padł na Margarita Time.


Na sucho wyczuwam jedynie cytrusy. Odrobinę kwaśne, ale bardzo soczyste. Takie świeżo wyciśnięte. Słyszałam, że ten zapach jest naprawdę mocny, dlatego postanowiłam w kominku umieścić naprawdę niewielki kawałek wosku. Ćwiartka wosku po 5 minutach palenia pokazała co to moc. W niesamowity sposób każde pomieszczenie mojego domu wypełniło się cudownym aromatem cytrusów.
Początkowo zapach ozdabiały kwaśne nuty, które jednak po pewnym czasie zniknęły. W ich miejsce pojawiła się słodycz, która przypomina mi aromat brązowego cukru. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo nie przypominam sobie, aby w drinku o nazwie Margarita był cukier.
Nie zauważyłam kiedy wypalił się cały tea light, bo zapach czułam jeszcze następnego dnia rano. Jest bardzo trwały. Ucieszyło mnie to, ponieważ piękny zapach Margarity towarzyszył mi nie tylko podczas palenia.
A czy Wy paliliście ten zapach? Jakie macie wrażenia? 


wtorek, 22 lipca 2014

Black Plum Blossom

Nadeszła pora na mojego letniego ulubieńca czyli Black Plum Blossom. Muszę przyznać, że na ten zapach czekałam najmniej, a pokochałam najbardziej z całej kolekcji. Okazał się bardzo pozytywnym zaskoczeniem.
Kolekcja Q2 jest dostępna w Polsce już od marca. Wtedy też zaczęła się moja przygoda z Black Plum Blossom. Na początku zapach nie przypadł mi do gustu, jednak postanowiłam dać mu drugą szansę. Była to bardzo dobra decyzja.
Jaki jest Black Plum Blossom? Na sucho pachnie dojrzałą śliwką z odrobiną wanilii i piżma. Po słodkich Sweet Apple oraz Spash Orange, liczyłam na to, że Black Plum Blossom będzie bardziej stonowanym zapachem. Nie myliłam się.


Dużą zaletą zapachu jest również jego intensywność. Dosłownie kawałek wosku po kilku minutach palenia rozniósł zapach po całym domu. Elegancka śliwka była obecna w każdym pokoju.  Jedyny mój błąd polegał na tym, że testowanie wosku przebiegało przy moim bólu głowy. Wróciłam po dość ciężkim dniu i postanowiłam się zrelaksować. Niestety, ból głowy stał się na tyle nieznośny, że musiałam zgasić tea light i wywietrzyć pokój. Przez to trochę zraziłam się do zapachu. Stwierdzam, że po ciężkim dniu lepiej zdecydować się na wcześniej wypróbowane zapachy.
Po pewnym czasie wosk ponownie znalazł się w moim kominku. Przyznaję, że trochę obawiałam się. Przezornie uchyliłam okno i dopiero wtedy odpaliłam tea light. Rozpłynęłam się w niesamowitym aromacie. Zapach okazał się tym razem bardzo bogaty. W jednej chwili słodka śliwka przebijała się na pierwszy plan, by po chwili jej miejsce zajęło eleganckie piżmo. Magiczny - tylko takim słowem mogę opisać zapach.
Kolejny raz przekonałam się, że pierwsze wrażenie może być mylne i należy dać zapachowi drugą szansę. Mam nadzieję, że wśród jesiennych zapachów również znajdą się takie perełki :).


wtorek, 15 lipca 2014

W oczekiwaniu na polskie brzoskwinie - Peach Mango

Słońce coraz dłużej gości na niebie, temperatura staję się coraz wyższa, a więc można śmiało stwierdzić, że zawitało do nas lato. Z tą porą roku kojarzy mi się zapach moich ulubionych owoców – brzoskwiń. Okres ich dojrzewania w naszym kraju zaczyna się w lipcu, jednak ja najbardziej lubię te z końca sierpnia. Są wtedy zdecydowanie najsłodsze i bardzo soczyste. Na skosztowanie ich muszę jeszcze trochę poczekać. Ale nie znaczy to, że nie mogę delektować się ich zapachem. A więc pora na wypróbowanie kolejnego, cudownego zapachu. 
 
Jak już wcześniej pisałam na blogu, Yankee Candle wprowadziło w tym roku nową kolekcję świec z serii Pure Radiance. Ostatnio wśród tych świec znalazłam prawdziwą perełkę, o niesamowitym aromacie, a mianowicie zapach Peach Mango. 
 

Gdy wąchałam zapach na sucho wyraźnie wyczuwałam mango, którego aromat jest dominujący. Nazwa i obrazek jednak sugerują, że powinnam poczuć również brzoskwinię, dlatego postanowiłam sprawdzić jak zapach sprawdza się podczas palenia.
Z okazji dobrze zdanej sesji (bo każda okazja jest odpowiednia) kupiłam świecę. Jednak nie zapaliłam jej od razu. Trochę zniechęciła mnie pogoda. Gdy pada deszcz mam ochotę na bardziej otulające aromaty. Na szczęście pojawiło się słońce, a ja nabrałam ochoty na owocowe aromaty. Zapaliłam Peach Mango i czekałam aż zapach rozejdzie się po pomieszczeniu. Nie musiałam długo czekać. Wystarczyło, że wosk roztopił się dookoła knota, a już wyczuwalne był zapach owoców mango. Im dłużej świeca się paliła, tym zapach tych owoców stawał się delikatniejszy. Mango powoli zaczęło ustępować miejsca brzoskwiniom.  Po około godzinie palenia postanowiłam zgasić świecę. Okazało się, że zapach towarzyszył mi jeszcze kilka godzin. Mimo że nie jest bardzo intensywny, dość długo utrzymuje się w pomieszczeniu. 

 
 Według mnie Peach Mango to idealnie wyważona kompozycja mango z brzoskwinią. Mango nadaje jej orzeźwienia, które jest idealne na słoneczne dni, a dzięki brzoskwini odnajduję w tym zapachu słodką delikatność. Wydaje mi się, że fani wycofanego zapachu Mango Peach Salsa polubią również Peach Mango. 

wtorek, 8 lipca 2014

Recenzja książki Raymonda Khoury'ego pt. „Znak”

Od urodzenia przynajmniej raz w roku jeżdżę na mazury. Uważam je za moje miejsce na ziemi, uwielbiam jeziora i lasy, ale jestem przede wszystkim zapaloną grzybiarką.
W zeszłym roku byłam na mazurach tylko raz (niestety), ale był to owocny wyjazd, ponieważ poza pełnymi koszami grzybów przywiozłam również pełne garście książek. Cóż mogę poradzić skoro straszny ze mnie mól książkowy ;D
Pojechałam z rodzicami na obiad do Rucianego – Nidy (zazwyczaj coś tam przekąszamy) i muszę przyznać ten dzień był moim dniem ;) Mianowicie w Rucianym były aż dwa kiermasze książkowe z książkami przecenionymi nawet do połowy ceny. Domyślacie się pewnie, że wychodząc stamtąd mogłam otworzyć własną bibliotekę ;P Była ich cała masa, stare i podniszczone, jak i te w gruncie rzeczy całkiem nowe, było w czym przebierać. Wśród tych książek , które mnie zainteresowały znalazł się też „Znak” Raymonda Khour'ego. Nie słyszałam tego tytułu wcześniej, ale nazwisko autora do mnie przemówiło, ponieważ Khoury napisał również „Ostatniego Templariusza”, który jest światowym bestsellerem, nie czytałam go co prawda, ale postanowiłam przekonać się, czy jego  książka spodoba mi się.

Kilka słów o samej fabule. Akcja zaczyna się podczas rozpadu lodowca szelfowego, gdzie Grace Logan, prezenterka jednej ze światowych stacji informacyjnych, wraz ze swoją ekipą filmuje to zjawisko. W pewnym momencie w trakcie kręcenia materiału na niebie pojawia się dziwna świetlista kula, która przepoczwarzając się przybiera w końcu kształt dziwnego znaku. Wprowadza w konsternacje ekipę , jak i wszystkich oglądających reportaż na żywo. Wybucha ogólne poruszenie wśród ludzi na całym świecie. Wszyscy zastanawiają się co to jest i , co zwiastuje. Grace Logan razem ze swoimi współpracownikami stara się rozwikłać tę zagadkę.
Matt Sherwood były złodziej samochodów, również pragnie się dowiedzieć, co kryję się za znakiem i czy ma to jakiś związek ze śmiercią jego brata. Jednak zanim się tego dowie będzie musiał pokonać wiele przeszkód.
Grace i Matt na różne sposoby próbują rozwikłać tę samą zagadkę i przekonać się czy dziwny znak zwiastuje koniec świata, czy może to sprytnie uknuta mistyfikacja...
Nie zdradzam więcej, przekonajcie się sami :)
Jeżeli chodzi o moją opinię na temat książki, to daje jej 3/6 gwiazdek, ponieważ gatunek tej książki to nie do końca ten który ja preferuję ( o ile lubię oglądać filmy tego typu to książki jednak nie przekonują mnie do siebie.) Jestem fanką raczej horrorów lub thrillerów, a ta pozycja to bardziej sensacja.
Mimo wszystko przeczytałam ją i wcale nie czuję się specjalnie nią zmęczona, po prostu nie wywołała u mnie jakiegoś „łał”.
Ciężko było mi przebrnąć przez kilka pierwszych rozdziałów, odniosłam wrażenie , że akcja jest zbyt rozciągnięta pomimo tego , że sama w sobie jest dosyć dynamiczna. Bohaterowie według mnie bardzo dosadnie nakreśleni, jak ktoś miał być zły to po prostu był i nie było w nim niczego więcej, żadnej iskierki , która wzbudziła by wątpliwości w czytelniku.
Ogólnie książka posiada wszystko , co powinna tego typu pozycja: sceny walki, pościgi, intrygi, spiski itd., a mimo to nie porwała mnie. Czytałam ją, bo chciałam się przekonać , czy zakończenie całkowicie mnie zaskoczy i będzie wielkie „bum”. Nic takiego się jednak nie wydarzyło :/ Skończyłam ją z takim samym wrażeniem z jakim zaczęłam.
Zaznaczam jednak , że to nie do końca mój gatunek, dlatego chyba nie sięgnę po inną pozycję tego autora.



piątek, 4 lipca 2014

Woski w kształcie słoika :)

Jakiś czas temu na amerykańskim rynku pojawiły się woski o nowym, charakterystycznym dla produktów Yankee Candle, kształcie słoika. Wśród polskich fanów zapanowała konsternacja. Wszyscy chcieli wiedzieć jakie są te nowe woski. Na szczęście od kilku dni można je nabyć również w naszym sklepie. A więc wielkie testowanie czas zacząć :).


Wśród dostępnych zapachów są zarówno te znane z polskiej oferty jak i zupełnie nowe. No może są to nowości dla mnie, bo najwytrwalsi fani aromatów pamiętają niektóre z nich.  Ale dla mnie to kolejna okazja do poznawania. Dlatego na początek wybrałam Meadow Showers. Uwielbiam zapach świeżo skoszonej trawy, więc zakochałam się w tym zapachu od pierwszego wejrzenia. 
Czasami spotykam się z opiniami, że tradycyjne woski w kształcie tart za bardzo się kruszą. Tego problemu nie ma z nowymi woskami. Mają trochę inny skład, dzięki czemu są mniej kruche. Wielki plus na samym początku przygody :).  Ale wracając do Meadow Showers - wosk roztapiał się w miseczce kominka, a ja delektowałam się aromatem. Poczułam się jak na wiosennej łące po deszczu, pachnącej zieloną trawą. Zapach jest naprawdę cudowny i bardzo intensywny. A więc kolejna zaleta to jego moc. Nie zawiodłam się. 


Po chwilach relaksu przy aromacie uwalniającym się z kominka przychodzi moment gdy tea light gaśnie. Trzeba wtedy wyczyścić kominek. Ale dzięki zastosowanej w woskach formulę"Easy Clean" tym razem wyglądało to zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Nie umieszczałam kominka w zamrażalce, nie używałam tea lighta do delikatnego podgrzania. Zwyczajnie wyjęłam wosk. Musiałam tylko poczekać aż wosk zastygnie i będzie zimny, wtedy delikatnie podważyłam go palcami, a on sam wyskoczył z miseczki. Muszę przyznać, że byłam pod wielkim wrażeniem. A teraz poproszę, żeby wszystkie woski tak łatwo dało się usunąć :).
Podchodziłam trochę sceptycznie do nowych wosków. Czy mogą mnie czymś zaskoczyć? Przyznaję, myliłam się. Jestem w nich zakochana. Zapewne nie tylko ja ;). Dzisiejszy wieczór zapowiada się również zapachowo - po długiej nieobecności w moim kominku zagości Beach Walk. Bardzo się cieszę, że zapach powrócił, bo to jeden z moich ulubionych aromatów na ciepłe, letnie wieczory.

wtorek, 1 lipca 2014

Orange Splash :)

Upalne popołudnie, ogród botaniczny. To właśnie tu umówili się na randkę. Nie widzieli się od kilku tygodni - takie są uroki pracy za granicą. Dlatego miejsce spotkania musi być wyjątkowe. A ogród botaniczny wygląda przepięknie o tej porze roku. Spotykają się przed oranżerią. Wielka radość i ulga, że wreszcie są razem. I zapach pomarańczy... Takie moje małe, romantyczne marzenia :). Ale jedna rzecz się zgadza - zapach pomarańczy. Właśnie o nim chciałam dziś trochę opowiedzieć.
Orange Splash wpadł mi w ręce zupełnie przez przypadek. Chciałam zapalić jeden z moich ulubionych zapachów Fruit Fusion, jednak otworzyłam pudełko z woskami i zmieniłam zdanie. Chyba nadeszła pora na kolejny test jednej z nowości :).


Zamykam oczy i wącham wosk. Pomarańcza, nie mam co do tego wątpliwości. Może jeszcze odrobina wanilii, przez co zapach jest trochę landrynkowy. Przypomina mi zapach cukierków Nimm 2. Do tej pory, jeśli mam wybór, wybieram te pomarańczowe. Przyzwyczajenie z dzieciństwa. Początek zapowiada się wspaniale. A jeszcze pogoda za oknem zachęca do chwili relaksu przy jakimś przyjemnym aromacie. 
Po zapaleniu nie mam wątpliwości - to był dobry wybór. Już po kilku minutach intensywny aromat słodkich, dojrzałych pomarańczy wypełnia cały mój pokój. Zapach jest naprawdę niesamowity i bardzo autentyczny. Zupełnie jakbym miała w pokoju drzewo z owocami pomarańczy.
Dużym plusem tego zapachu jest również jego trwałość. Aromat cytrusów pozostaje w pomieszczeniu jeszcze przez kilka godzin. Mimo, że wosk paliłam rano, to jeszcze popołudniu czułam zapach pomarańczy w pokoju. Może nie były już tak intensywne jak podczas palenia, ale nadal je wyczuwałam :).
Orange Splash to moim zdaniem bardzo udana próba zamknięcia aromatu pomarańczy w świecy. Jeśli tak jak ja lubicie  owocowe aromaty, to zachęcam do wypróbowania go w Waszych domach :)