środa, 30 września 2015

Co nowego...

 Ostatnio nasze półki aż uginają się od nowości z zagranicy i nie tylko. Oto krótka fotorelacja tego co od niedawna gości na półkach Candle Room :)

Kolekcja Q3 Out Of Africa:

Serengeti Sunset, Egyptian Musk 


Kilimanjaro Stars, Madagascan Orchid


Zapachy limitowane prosto z USA:

Coconut Bay, Oceanside 


Meadow ShowersSunflower


Blueberry Scone, Granny Smith, Juicy Watermelon


Fresh Mint, Golden SandsOrange Dreamsicle



Woski zapachowe Procado, a wśród nich między innymi takie zapachy, jak Kwiat Wiśni, Opium, Bergamotka, Kwiat Tiary czy Cynamon z Pomarańczą.


Zapachowe kule – zawieszki Pomander firmy Ashleigh & Burwood



Kominki Millefiori:


Nowości jest tyle, że aż dech zapiera, a nam wciąż nie mało i ze zniecierpliwieniem czekamy na kolejne zapowiadane na ten rok kolekcje :)

piątek, 11 września 2015

Pachnący wrzesień :)

Wrzesień to miesiąc, który jako pierwszy przenosi nas w fantastyczny kolorowy świat jesieni. W Candle Room te kolory zyskają swoją odsłonę w dwóch urzekających zapachach.


Pierwszym z nich będzie pełen bogatych akcentów Home Sweet Home. To zapach, którego oblicze ujawnia się w ciepłym aromacie cynamonu doprawionego szczyptą korzennych przypraw, a wszystko zamyka lekka nuta dopiero co zaparzonej herbaty.
Home Sweet Home zyska sprzymierzeńców wśród wszystkich fanów nieco cięższych i korzennych aromatów.



Drugim wrześniowym zapachem jest Lake Sunset, który może okazać się idealnym towarzyszem leniwego jesiennego popołudnia z książką. A to za sprawą ukrytej w nim delikatnej nuty drewna uzupełnionej o słodycz ananasa. Cały zapach pozostawia lekką pudrową otoczkę. Lake Sunset to idealny zapach dla fanów ciepłych i subtelnych aromatów.


Czy wprowadziliście już odrobinę jesiennego powietrza do Swoich domów?

wtorek, 8 września 2015

Kilimanjaro Stars


Wakacje już za nami, a jesień coraz śmielej wkrada się barwami w otaczający nas świat.
Nieco niższa temperatura zachęciła mnie do zagłębienia się w jakąś nową książkę. Jednak na jaką lekturę się zdecydować skoro półka aż się ugina od nieprzeczytanych książek, a ciągle zdobywa się coś nowego ;) Moją najnowszą zdobyczą, a właściwie prezentem jest cała saga „Pieśni Lodu i Ognia” George'a R.R. Martina. Szerzej pewnie znana jako serialowa ekranizacja pod tytułem „Gra o Tron”.
Jednak wcale nie o książce chcę pisać, a o zapachu z kolekcji Q3 Out Of Africa czyli o Kilimanjaro Stars, który będzie zarazem moją ostatnią zapachową podróżą do Afryki.


Zanim miałam okazję powąchać Kilimanjaro Stars w świecy już wiedziałam, że będzie to aromat z kategorii tych męskich. Nie wiem dlaczego, może zasugerowałam się ciemnym kolorem świecy, bo kompozycja zapachowa Kilimanjaro, czyli połączenie orientalnej paczuli ze świeżą miętą wcale nie musi nieść ze sobą męskich nut. Jednak, gdy zaczerpnęłam nieco aromatu, to potwierdziły się moje wcześniejsze przypuszczenia.
Po pierwszej próbie zapachu wyczułam głównie paczulę ze świeżą nutą, jednak nie kojarzyła mi się z miętą. Dla mnie aromat był zbliżony do Turquoise Sky jednak bardziej subtelny. Po głębszym zbadaniu go wyczułam w nim też nuty, które ma w sobie Midsummer's Night.
Postanowiłam zrobić test. Otworzyłam dwa słoiki z zapachami Turquoise Sky i Midsummer's Night i starałam się je powąchać naraz. Aromat jaki wyczułam był bardzo podobny do Kilimanjaro poza tym, że bardziej morski, to nuty zapachowe okazały się niemal identyczne :)
Zachęcona moimi wstępnymi testami postanowiłam, jak najszybciej wypróbować wosk w kominku.
Weekend okazał się idealny na Kilimanjaro Stars, a Kilimanjaro okazał się świetnym towarzyszem, gdy wertowałam kolejne strony Gry o Tron.


Wosk włożyłam do miseczki w całości i podpaliłam tea light. Wygodnie usadowiłam się w fotelu i sięgnęłam po lekturę. Po niecałej minucie aromat się uwolnił. Oczywiście pierwsze nuty jakie uwolnił Kilimanjaro, to aromat paczuli jednak nie był on tak orientalny, jak np. w Amber Moon. Miał w sobie nuty nieco zbliżone do Witches Brew z serii halloweenowej, czyli według mnie był świeższy. Podejrzewam, że za tę świeżość odpowiedzialna jest mięta. Nie ujawniła się ona w wosku silną i ostrą miętową nutą, a raczej nadała całej kompozycji lekkości. Zapach rzeczywiście okazał się „męski”, ale w subtelny sposób. Niósł ze sobą bardziej perfumowe nuty.


Według mnie Kilimanajro Stars jest świeży, perfumowy i przyjemnie paczulowy, a w dodatku nieprzytłaczający.
Jeżeli już mowa o jego intensywności, to będzie na pewno zadowalająca dla osób preferujących średniej mocy aromaty. Zapach był stale wyczuwalny z bliska i gdy wchodziło się do pomieszczenia, w którym się palił. Jednak gdy już się siedziało w pokoju, to zapach dochodził do nosa tylko z silniejszymi ruchami powietrza. Moja mama na przykład w ogóle nie czuła Kilimanjaro, jak była w pokoju, ale ogólnie jest zwolenniczką mocniejszych aromatów, więc być może ten jest dla niej za słaby.
Wosk nie jest też zbyt trwały, ponieważ po wygaszeniu tea light'a nie pozostawiał zapachowej otoczki w pomieszczeniu.
Tak czy inaczej ten test uważam za udany i polecam Kilimanjaro Stars entuzjastom wszelkich „męskich”, paczulowych i świeżych zapachów.
Kilimanjaro Stars zwieńcza moje afrykańskie podróże. Muszę przyznać, że każda z nich okazała się bardzo udana. Na początku nawet nie spodziewałam się, że kolekcja Out Of Africa aż tak przypadnie mi do gustu, ale cieszę się, że Yankee Candle wymyśliło takie kompozycje zapachowe, bo każda z nich wniosła coś nowego i bardzo przyjemnego. Moim numerem jeden Q3 2015 jest Madagascan Orchid, a zaraz za nim Egyptian Musk. Serengeti Sunset i Kilimanjaro Stars plasują się na równi.
A jak Wy klasyfikujecie te zapachy? Zdążyliście już przetestować wszystkie?

wtorek, 1 września 2015

Egyptian Musk

Pora powrócić w afrykańskie klimaty.
Wsiadam więc w samolot i wyruszam prosto do Egiptu, a tam ląduje w Dolinie Królów. Wchodzę do jednego z grobowców i udaję się w niezwykłą podróż po podziemnych labiryntach, by odnaleźć ukryty skarb faraonów... :D


To mógłby być początek cudownej przygody, jednakże jak na razie ograniczę się tylko do dalekich zapachowych podróży. Tym razem pomoże mi w tym Egyptian Musk czyli zapach, który łączy w sobie aromatyczną wanilię i drzewo cedrowe z urzekającym aromatem piżma. Mam nadzieję, że ten zapach odkryje przede mną jakąś starożytną tajemnicę...

Przy pierwszej próbie zapachu, czyli sprawdzeniu go w słoju, nie byłam zachwycona. Aromat wydał mi się delikatny i mało zaskakujący, za to bardzo piżmowy.
Do testów wybrałam wosk i gdy tylko nadarzyła się okazja zapaliłam go w kominku. Jednak zanim przejdę do opisu zapachu przy paleniu, poświęcę kilka słów aromatowi samego wosku „na sucho”.
Po odpakowaniu wosku z folii aromat okazał się dużo silniejszy niż gdy wąchałam zapach w świecy, a pierwsze moje słowa odnośnie kompozycji, to ,,jaki piękny zapach". Tak, po raz kolejny zapach Yankee Candle miło mnie zaskoczył :D 

 
Wosk „na sucho” przypominał mi aromat, który osobiście bardzo lubię, a mianowicie zapach pianki do golenia z wyraźną nutą piżma. Może Wam się wydać, że oznacza to, że Egyptian Musk jest „męski” jednak w rzeczywistości wcale taki nie jest, a na pewno nie tak bardzo, jak np. Midsummer's Night.
Tak czy inaczej już sam wosk tak mi się spodobał, że dosłownie przebierałam nogami ze zniecierpliwienia, czekając aż dobrze się rozpuści w kominku i uwolni swoją moc :)


Gdy aromat zaczął się uwalniać pierwsze w nos wpadło mi zmysłowe piżmo, do którego po niezbyt długim czasie nieśmiało dołączyło drzewo cedrowe. Nadało ono świeżości i lekkości całej kompozycji. Po całkowitym rozpuszczeniu aromat stał się głębszy i dopiero wtedy wyczuwalna w nim była delikatna nuta wanilii. Gdy wszystkie składniki zapachu,całkowicie się zmieszały zapach stał się naprawdę mocny i skojarzył mi się z perfumami, które kiedyś dostałam od rodziców. Podejrzewam, że nieprzypadkowo tak się stało, ponieważ były to perfumy skomponowane z samych naturalnych olejków eterycznych w jednej z perfumerii w Kairze. Te perfumy były subtelne i niosły ze sobą piżmową nutę. Pamiętam, że dostałam je w pięknie ozdobionej szklanej buteleczce, a nakładało się je za pomocą małego patyczka tuż za uchem. Używanie tego cudownego zapachu stało się swego rodzaju rytuałem, który zawsze kończył się marzeniem o byciu prawdziwą królową Nilu:) Ot, takie moje dziewczyńskie fantazje :D


Okazało się więc, że mimo iż nigdzie się nie ruszałam, to za sprawą Egyptian Musk, odbyłam jednak jakąś podróż, całkiem przyjemną, mimo że tylko sentymentalną :)

Jeże chodzi o intensywność zapachu, to myślałam, że nie będzie on specjalnie mocny, a okazał się bardzo dobrze wyczuwalny. Użyłam całego wosku i starczył on, żeby otulić aromatem cały dom. Nie był on przy tym męczący ani drażniący.