piątek, 17 marca 2017

Pachnące Zapowiedzi - Cookie Swap Collection Yankee Candle


Oj, tak! Na tę kolekcję z całą pewnością będzie czekała cała rzesza zapachowych łasuchów! Yankee Candle w tym roku stworzyło limitowaną kolekcję na miarę świątecznej słodyczy i to dostępną już na jesieni :D Nie jestem zapachowym ciasteczkowym Potworem, ale wszystkie nowe zapachy zawsze bardzo mnie ciekawią :)

Merry Berry Linzer – Smakowite kruche ciasteczka wypełnione malinowym nadzieniem, pełne migdałowej esencji i aromatycznej wanilii, obsypane lekkim jak puch cukrem. 




Magic Cookie Bar – Wspaniała tarta przełożona czekoladowo – kokosowym kremem, w której nie sposób, nie wyczuć gałki muszkatołowej, cynamonu i cudownej wanilii.


Iced Gingerbread – Aromatyczne cynamonowo – goździkowe pierniczki oblane słodkim waniliowym lukrem.



Tak kolekcja wydaje się tak pełna słodyczy, że przy pisaniu samego tekstu moje kubki smakowe zaczęły wariować:) Nie jestem łasuchem zapachowym, ale ogromną fanką, wręcz miłośniczką czekolady i mam nadzieję, że Magic Cookie Bar zaspokoi mój „czekoladowy” niedosyt zapachowy. 


*Kolekcja będzie dostępna w dużych słojach, samplerach oraz woskach.




środa, 15 marca 2017

Water Garden Yankee Candle

Czuję już wiosnę w powietrzu! Być może temperatury jeszcze nie idą w zatrważającym tempie do góry, ale mój umysł już jest pełen tych wiosennych aromatów kwiatów, brzęczących skrzydełek pszczół i tej masy kolorów, którymi właśnie wiosna rozkwita :)

Ach… rozmarzyłam się odrobinę… 

Co wzbudziło moje wiosenne odczucia? Jeden z limitowanych zapachów Yankee Candle, który ponownie zjawił się u nas na początku roku. Mowa o Water Garden, który ma przenosić nas do cudownego ogrodu pełnego świeżych, wodnych kwiatów. 


Zapach ten paliłam w dużym słoju, ponieważ tylko w tej wersji jest obecnie dostępny w Polsce. Dlaczego skusiłam się na Water Garden? Otóż, dlatego że bardzo skojarzył mi się z innym limitowanym zapachem - Honeydew Melon, który był z nutami melona, a ja melona uwielbiam prawie tak bardzo, jak arbuza :D
Świecę miałam w posiadaniu już w zimę, wtedy też po raz pierwszy ją odpaliłam i już w tamtym momencie bardzo zamarzyła mi się wiosna!
Jak zwykle nie skupiałam się na pierwszych akcentach zbyt bardzo, bo ważniejsze dla mnie są te, które ujawniają się, gdy wosk odpowiednio się roztopi.




Po tym czasie pierwsze co wyczułam, to subtelny perfumowy aromat, za który odpowiedzialne jest zapewne piżmo, a gdy wosk roztopił się już na równo, to zaczęłam wyczuwać delikatne kwiatowe akcenty, odrobinę zbliżone do lilii wodnej. Nie wyczułam niestety w tej kompozycji melona, który wyczuwam, gdy wącham świece „na sucho”. 
Całe to zestawienie jest dosyć lekkie i świeże (sprawia wrażenie kwiatowo - liściastego), natomiast nie jest zbyt intensywne i mam wrażenie, że chwilami pachnie dosyć sztucznie. 

Water Garden ma w sobie podobną nutę do Aloe Water(klik), który niestety nie zalicza się do moich ulubieńców i wydaje mi się, że więcej nie sięgnę po ten zapach, oczywiście dopóki nie wypalę całego słoja, ale myślę, że to tylko przy okazji jakichś towarzyskich spotkań. 
Mimo wszystko uważam, że dla niektórych może być strzałem w dziesiątkę na słoneczne i upalne dni :)

A jak Wam się kojarzy Water Garden? Sięgnęliście już po jego limitowaną wersję w tym roku?

środa, 1 marca 2017

Wild Mint Yankee Candle


Wild Mint wchodzi w skład tegorocznej kolekcji Pure Essence razem z takimi zapachami jak Cherry Blossom oraz Linden Tree



Z całej kolekcji najbardziej mnie ciekawi Linden Tree – drzewo lipowe i już nawet zaopatrzyłam się w wosk z tego zapachu, ale na razie w moim kominku zagościł tylko Wild Mint.

Fanką mięty jestem od zawsze, więc tę też musiałam mieć. Gdy tylko znalazłam moment, w którym nie musiałam gdzieś gnać i mogłam po prostu posiedzieć w domu, to zapaliłam kominek właśnie z zapachem Wild Mint.


W świecy aromat kojarzy mi się z miętą, która rośnie u mnie w ogródku. Zapach jest taki „krzewiasty” bardzo ziołowy, taki naturalny, nie jak np. mięta w gumie do żucia. Wydaje mi się, że jest nawet bardziej prawdziwy niż ten w limitowanym Fresh Mint.

Do testu nie użyłam całego wosku tylko połowy, może nawet odrobinę mniej niż połowę. Wydawało mi się, że zapach samej mięty jest wystarczająco mocny i połowa wosku spokojnie da sobie radę.
Aromat uniósł się prawie od razu, gdy tylko złapał trochę ciepła od tea light’a, ale ja zazwyczaj nie skupiam się na tej pierwszej nucie, bo wiem, że zapachy powinny trochę się podgrzać by ukazać swoją pełnię.
Tak więc po pewnym czasie zaczęłam wyczuwać zapach rozgrzanego w dłoniach świeżego listka mięty. Był bardzo ziołowy i nieprzesadnie świeży. Wosk palił się i palił, i sądziłam, że po pewnym czasie na tyle dobrze zmieszają się wszystkie jego nuty, że osaczy mnie swoją ziołową miętą, a tu się okazało, że był dosyć słabo wyczuwalny. 



Oczywiście Wild Mint czułam za każdym razem, gdy wchodziłam do pokoju, ale gdy chwile dłużej w nim posiedziałam, to już przestawałam. Trochę się zawiodłam, bo jednak lubię przebywać w pachnącym pomieszczeniu i czuć, że czymś pachnie, a nie tylko o tym wiedzieć.

Wild Mint jest ładnym zapachem, takim jakie lubię, trochę ziołowym, trochę miętowym, trochę "dziwnym", ale niestety nie należy do zbyt intensywnych. Przynajmniej w moim odczuciu…
Nie wyczułam w nim również piżma, ani drzewa sandałowego, ale bardzo mi to nie przeszkadza, bo chyba nawet wolę, że jest mniej perfumowy.

Podsumowując, zapach uważam za trafiony dla mnie w punkt, ale już jego intensywność pozostawia wiele do życzenia, bo ja czasem, gdy bardzo mi się spodoba zapach, to mam ochotę być nim osaczona, a tu się tak nie stało.

Mimo wszystko polecam go fanom zapachów: Bay Leaf Wreath(klik), wspomnianego Fresh Mint czy Season Of Peace(klik), w którym też są miętowe akcenty.