wtorek, 8 września 2015

Kilimanjaro Stars


Wakacje już za nami, a jesień coraz śmielej wkrada się barwami w otaczający nas świat.
Nieco niższa temperatura zachęciła mnie do zagłębienia się w jakąś nową książkę. Jednak na jaką lekturę się zdecydować skoro półka aż się ugina od nieprzeczytanych książek, a ciągle zdobywa się coś nowego ;) Moją najnowszą zdobyczą, a właściwie prezentem jest cała saga „Pieśni Lodu i Ognia” George'a R.R. Martina. Szerzej pewnie znana jako serialowa ekranizacja pod tytułem „Gra o Tron”.
Jednak wcale nie o książce chcę pisać, a o zapachu z kolekcji Q3 Out Of Africa czyli o Kilimanjaro Stars, który będzie zarazem moją ostatnią zapachową podróżą do Afryki.


Zanim miałam okazję powąchać Kilimanjaro Stars w świecy już wiedziałam, że będzie to aromat z kategorii tych męskich. Nie wiem dlaczego, może zasugerowałam się ciemnym kolorem świecy, bo kompozycja zapachowa Kilimanjaro, czyli połączenie orientalnej paczuli ze świeżą miętą wcale nie musi nieść ze sobą męskich nut. Jednak, gdy zaczerpnęłam nieco aromatu, to potwierdziły się moje wcześniejsze przypuszczenia.
Po pierwszej próbie zapachu wyczułam głównie paczulę ze świeżą nutą, jednak nie kojarzyła mi się z miętą. Dla mnie aromat był zbliżony do Turquoise Sky jednak bardziej subtelny. Po głębszym zbadaniu go wyczułam w nim też nuty, które ma w sobie Midsummer's Night.
Postanowiłam zrobić test. Otworzyłam dwa słoiki z zapachami Turquoise Sky i Midsummer's Night i starałam się je powąchać naraz. Aromat jaki wyczułam był bardzo podobny do Kilimanjaro poza tym, że bardziej morski, to nuty zapachowe okazały się niemal identyczne :)
Zachęcona moimi wstępnymi testami postanowiłam, jak najszybciej wypróbować wosk w kominku.
Weekend okazał się idealny na Kilimanjaro Stars, a Kilimanjaro okazał się świetnym towarzyszem, gdy wertowałam kolejne strony Gry o Tron.


Wosk włożyłam do miseczki w całości i podpaliłam tea light. Wygodnie usadowiłam się w fotelu i sięgnęłam po lekturę. Po niecałej minucie aromat się uwolnił. Oczywiście pierwsze nuty jakie uwolnił Kilimanjaro, to aromat paczuli jednak nie był on tak orientalny, jak np. w Amber Moon. Miał w sobie nuty nieco zbliżone do Witches Brew z serii halloweenowej, czyli według mnie był świeższy. Podejrzewam, że za tę świeżość odpowiedzialna jest mięta. Nie ujawniła się ona w wosku silną i ostrą miętową nutą, a raczej nadała całej kompozycji lekkości. Zapach rzeczywiście okazał się „męski”, ale w subtelny sposób. Niósł ze sobą bardziej perfumowe nuty.


Według mnie Kilimanajro Stars jest świeży, perfumowy i przyjemnie paczulowy, a w dodatku nieprzytłaczający.
Jeżeli już mowa o jego intensywności, to będzie na pewno zadowalająca dla osób preferujących średniej mocy aromaty. Zapach był stale wyczuwalny z bliska i gdy wchodziło się do pomieszczenia, w którym się palił. Jednak gdy już się siedziało w pokoju, to zapach dochodził do nosa tylko z silniejszymi ruchami powietrza. Moja mama na przykład w ogóle nie czuła Kilimanjaro, jak była w pokoju, ale ogólnie jest zwolenniczką mocniejszych aromatów, więc być może ten jest dla niej za słaby.
Wosk nie jest też zbyt trwały, ponieważ po wygaszeniu tea light'a nie pozostawiał zapachowej otoczki w pomieszczeniu.
Tak czy inaczej ten test uważam za udany i polecam Kilimanjaro Stars entuzjastom wszelkich „męskich”, paczulowych i świeżych zapachów.
Kilimanjaro Stars zwieńcza moje afrykańskie podróże. Muszę przyznać, że każda z nich okazała się bardzo udana. Na początku nawet nie spodziewałam się, że kolekcja Out Of Africa aż tak przypadnie mi do gustu, ale cieszę się, że Yankee Candle wymyśliło takie kompozycje zapachowe, bo każda z nich wniosła coś nowego i bardzo przyjemnego. Moim numerem jeden Q3 2015 jest Madagascan Orchid, a zaraz za nim Egyptian Musk. Serengeti Sunset i Kilimanjaro Stars plasują się na równi.
A jak Wy klasyfikujecie te zapachy? Zdążyliście już przetestować wszystkie?

2 komentarze:

  1. Niestety nie miałam okazji jeszcze żadnego testować.Mówiąc szczerze mam pewne "tyły" w testowaniu wosków, a to przez wykańczanie starych pootwieranych wosków, które wysypują mi się z szuflady. W końcu jednak będę musiała się na nie zabrać... :) Muszę jednak przyznać, że do tego zapachu mam największe obawy, bo męski, czy taki nie do końca mój. Uwielbiam jednak mięte i paczulę (Witches Brew jest cudowny! - przynajmniej na zimno), więc możliwe, że woskiem się polubimy. Oczekiwałam czegoś w rodzaju Midsummer Night, a tu jednak niespodzianka. :) A książka na dziś to chyba dobry pomysł. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, książka dzisiaj to dobra opcja. Deszczowa aura jednak ma jakieś swoje zalety :)
      Jeżeli podobał Ci się Witches Brew, to Kilimanjaro też powienien. Ja lubię męskie aromaty, ale przyznaje, że też nie byłam pewna co do niego, ale okazał się całkiem przyjemny, bo własnie ma w sobie więcej z Witches Brew niż z Midsummer's Night :D

      Usuń