wtorek, 10 marca 2015

Olejek Ashleigh and Burrwood - Honeysuckle

Po całej zimie spędzonej w towarzystwie ciepłych i słodkich zapachów, nazywanych przeze mnie „ciasteczkowymi”, pierwsze słoneczne dni skłoniły mnie zmiany gamy zapachowej. Postanowiłam też wypróbować inne formy zapachowe niż wosk :).
 
Odkąd odkryłam Yankee Candle całkowicie uzależniłam się od wosków zapachowych.  Bądź co bądź woski są dla mnie dość nowym sposobem na otaczanie się cudownymi aromatami. Jednak zapachowy świat to nie tylko woski :)

 
Ostatnio zastanawiałam się, jak zaczęła się moja przygoda z zapachami. Od kiedy pamiętam zachwycały mnie świece, które podczas palenia uwalniały olejki zapachowe. Będąc dzieckiem miałam wrażenie, że taka świeca musi zawierać odrobinę magii. Moim przewodnikiem po tej magicznej krainie była moja babcia. Gdy miałam 10 lat, dostałam od niej mały kominek z czajniczkiem na olejki. W zestawie były jeszcze dwa lub trzy olejki. Niestety nie pamiętam już swoich pierwszych zapachów. Pamiętam jednak, że każde odpalenie kominka było dla mnie wielkim wydarzeniem. Niestety moja radość olejkami nie trwała zbyt długo. Przy każdym paleniu musiałam używać ich dość dużo, dopiero wtedy były wyczuwalne.
Wiedziałam, że wcześniej czy później moja miłość do olejków zapachowych powróci. Z tego powodu w mojej zapachowej kolekcji ostatnio pojawił się zapach marki Ashleigh & Burrwood. Słyszałam, że olejki tej firmy są bardzo wydajne. Ponieważ poszukuję zapachu na wiosnę, postanowiłam wypróbować olejek o nazwie Honeysuckle, czyli o zapachu wiciokrzewu. 



Gdy wróciłam do domu z moją „olejkową zdobyczą”, od razu postanowiłam go przetestować. Oczyściłam kominek z wosku, który wcześniej paliłam, wlałam odrobinę wody i dosłownie trzy krople olejku. Zapach uwolnił się w sekundę! :) Pokój wypełnił się delikatnym, herbacianym aromatem. Był on wyczuwalny w całym pomieszczeniu, a po uchyleniu drzwi od pokoju, czuć go było nawet na korytarzu. Zapach okazał się subtelny i lekko kwiatowy. Najbardziej spodobało mi się w nim to, że dzięki niemu przeniosłam się wspomnieniami do moich pierwszych zapachowo – kominkowych przygód. Nie mam już niestety tego pierwszego kominka z czajniczkiem, jednak zwykły kominek z miseczką równie dobrze sprawdził się przy paleniu olejków zapachowych.

Olejki Ashleigh & Burrwood mają jeszcze jedną zaletę - intensywność zapachu, która w oczywisty sposób przekłada się na jego wydajność. Przy pierwszym paleniu wkropiłam tylko trzy krople i zapach był dosyć wyczuwalny, ale nie za mocny. Gdybym używała zwykłych olejków z drogerii, do uzyskania takiej mocy musiałabym użyć znacznie większej objętości olejku.

Wydaje mi się, że olejki dają głębszy aromat niż niektóre woski. Jednak to tylko moja prywatna opinia. Nie wpłynie ona na moją miłość do wosków Yankee Candle. Natomiast będę teraz wiedziała, że olejki są całkiem niezłą alternatywą do wosków zapachowych



6 komentarzy:

  1. Olejki zapachowe też kiedyś paliła, ale odkąd zakochałam się w woskach i świecach to nie chcę na olejki nawet zwracać uwagi ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak trzeba przyznać, że wosk w formie "pachnidełka" jest zdecydowanie wygodniejszy niż olejek. Jednak czasem wśród tych drugich również można trafić na prawdziwe zapachowe perełki :) Ja nadal będę poszukiwała swoich olejków...

      Usuń
    2. Faktycznie, ostatnio w Starej Mydlarni wąchałam kilka olejków i prawie mnie skusiły ;)

      Usuń
  2. Piękna opowieść o tym jak to się zaczęło ;)
    Ja ostatnio zaczęłam się interesować olejkami eterycznymi :) Chcę poznawać jak pachną dane składniki 'na zimno' ;)) Pasjonatka aromaterapii :D

    No i olejki są takie.. magiczne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdecydowanie magiczne :), a przy okazji mają dużo zastosowań, bo można ich używać również do kompozycji suszonych bądź sztucznych kwiatów.

      Usuń
  3. jak się wypachni wosk to można dodać do niego parę kropel olejku i nie ma obawy, że zniszczymy kominek, co się może zdarzyć jak wyparuje woda :)

    OdpowiedzUsuń