czwartek, 2 lipca 2015

Tarte Tatin

Zapaliłam ostatnio Tarte Tatin, zapach z kolekcji Q2 Caffe Culture. Co prawda mamy lato i ten zapach nie jest zbyt lekki, jak na ciepłe dni, ale nie wiem, czy w moim przypadku jest coś takiego, jak zapach odpowiedni do pory roku. Zdarza mi się palić cieplejsze zapachy w cieplejsze dni :P  Czasem lubię otoczyć się aromatem Sweet Apple w bardzo upalny dzień. U mnie to chyba zależy od nastroju, a niekoniecznie od pogody :)


Dlatego właśnie kilka dni temu zdecydowałam się zapalić Tarte Tatin, który jest raczej dosyć  ciepłym zapachem, ale jednak dedykowanym przez Yankee Candle na lato.


Gdy kolekcja Caffe Culture zawitała do Candle Room, to od pierwszego powąchania najbardziej spodobał mi się oczywiście Cappuccino Truffle, bo ma w sobie czekoladowe nuty. Natepny w kolejnosci był Pain Au Raisin, ktory skojarzyl mi sie ze słodką bułeczką maślaną i przy paleniu był całkiem smakowity. Natomiast Tarte Tatin przy pierwszym kontakcie miał dla mnie aromat ciepłej szarlotki ze zbyt bardzo podpieczonym kruchym spodem, co niespecjalnie mnie zachwyciło...


Tarte Tatin zapaliłam w wosku i do razu użyłam całego. Kominek z woskiem ustawiłam w dużym pokoju, podpaliłam tea light, usiadłam na fotelu i zaczęłyśmy z mamą oglądać jakiś film. Tak się wciągnęłam w film, że właściwie zupełnie zapomniałam o wosku. Jednak długo to nie trwało, bo skutecznie mi o sobie przypomniał. Po pewnej chwili, w gruncie rzeczy niezbyt długiej, do mojego nosa zaczął docierać delikatny jabłkowy aromat z nieco cieplejszą nutą. Początkowo miałam wrażenie, że ta ciepła nuta to aromat świeżo wyjętego z piekarnika kruchego spodu, na który zaraz będzie się wykładało jabłka z cynamonem... mmm chyba natchnęłam się na małe szarlotkowe co nieco. 
Jednak, gdy zapach coraz bardziej wkradał się w zakamarki pomieszczenia, tym silniejsze było moje wrażenie, że to ciepło ma w sobie trochę orzechowej nuty. Spodobało mi się to, bo rzadko spotykam się z orzechowym aromatem w produktach zapachowych.


Jeżeli miałabym określić jaka była cała ta kompozycja, to powiedziałabym , że niosła ze sobą słodką nutę jabłek z cynamonem uzupełnioną o aromat prażonych orzechów laskowych. Wszystko to natomiast dawało wrażenie dopiero co wyjętej z piekarnika szarlotki w dodatku wcale nie spieczonej.
Tarte Tatin zapaliłam już wieczorem, gdy na dworze nieco się ochładza i być może dlatego zapach nie wydał się drażniący, a muszę przyznać, że ma całkiem niezła intensywność i przy bardzo gorącym dniu mógłby być za ciężki. Chociaż kto wie może wcale nie. Ja uwielbiam piec szarlotke w lato i nigdy zapach mi nie przeszkadza, a pachnie w całym domu :D


Tak czy inaczej Tarte Tatin miło mnie zaskoczył i na pewno jeszcze go zapalę. Zdecydowanie polecam go "świeczkowym" łasuchom :)

środa, 24 czerwca 2015

Lavender

Czasem mam wrażenie, że jestem zbyt bardzo uzależniona od zapachów :P Nie dość, że spędzam wśród nich cały dzień w pracy, to czasem, gdy odpoczywam już w domu, nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie zapalić jakiegoś wosku w kominku, bądź odpalić jednej z moich świec. 

 
Co prawda nie zawsze tak jest. Bywa, że głowę mam tak pełną aromatów, że więcej nie jest w stanie już przyjąć. Mimo to testy odbywać się muszą i nowe zapachy recenzować trzeba! Dlatego też sięgnęłam ostatnio po nowy lawendowy zapach czyli Lavender, który w przeznaczeniu ma być godnym następcą lubianego przez wielu(mnie również!) French Lavender. 


Zanim jednak o nowym zapachu, kilka słów o poprzedniku. French Lavender znany i lubiany przez wielu entuzjastów lawendy. Jak wiadomo lawendę się kocha albo nienawidzi, chyba, że jest się obojętnym w stosunku do niej, to wchodząc w świat Yankee Candle łatwo się w niej zakochać. Tak też było ze mną i z moją mamą, ale za sprawą dwóch różnych zapachów.
Moja mama nigdy nie lubiła lawendy, więc nawet, gdy wcześniej miałam kominek na olejki, to nigdy nie gościła w nim lawenda, bo aromat mógłby być zbyt drażniący.
Mnie skradł serce właśnie French Lavender, który dla mnie jest lekki i ma w sobie delikatnie męskie nuty zapachowe, które bardzo lubię w perfumach, czy właśnie w świecach. Wielu ludzi, którzy mieli okazję być w Prowansji często sięga po ten zapach, bo właśnie kojarzy im się z pięknymi fioletowymi, pachnącymi polami lawendowymi i chyba ja też przenoszę się w tamte rejony za każdym razem, gdy palę French Lavender. 

 
Lavender testowałam w wosku i zdecydowałam się tylko na połówkę, bo wiem, że lawendowe aromaty są dobrze wyczuwalne. Zazwyczaj, gdy testuje jakieś zapachy, to nie staram się ich na siłę poczuć, tylko czekam aż same zawładną moim zmysłem węchowym. Wystarczyło, że lawendowy wosk dostał odrobinę ciepła i już był całkiem nieźle wyczuwalny. Z czasem aromat uwolnił się do pokoju i otoczył swoim zapachem całą przestrzeń.


Dopiero wtedy Lavender ujawnił całą swoją kompozycję zapachową. Dla mnie to aromat lawendy z dodatkiem świeżego i subtelnego, delikatnie trawiastego wrzosu. Aromat wydaje mi się bogatszy niż we French Lavender i bardziej kwiatowy. Pewnie też ze względu na to spodobał się mojej mamie, bo ona uwielbia zapach dopiero co ściętych kwiatów :)  
Lavender wydaje mi się ostrzejszy niż French Lavender, jednak niczego mu to nie ujmuje wręcz przeciwnie uszlachetnia.
Zapach dosyć długo się utrzymuje. Wosk zapaliłam w południe i palił się ok. 4-5 godz., ale nawet nie zauważyłam kiedy podgrzewacz zgasł, bo aromat był równie wyczuwalny, jak przy paleniu. Następnego dnia rano nadal utrzymywała się lekka otoczka zapachowa. 

 
Gdzie zatem przeniósł mnie Lavender? Otóż okazuję się, że w równie przyjemne miejsce, jednak nieco bliżej niż Prowansja... Mianowicie w czasy dzieciństwa do domu mojej prababci, u której zawsze pięknie pachniało kwiatami w wazonach i drewnianymi meblami(może jestem dziwna, ale lubię zapachy np. stron w starych książkach, lakierowanego drewna, czy farb olejnych :)). 
Mimo wszystko z tych dwóch lawendowych propozycji dla mnie na pierwszym miejscu nadal jest French Lavender, jednak od czasu do czasu skuszę się na Lavender.

 

wtorek, 16 czerwca 2015

Wild Sea Grass

Ciepły wiatr przywiał do Candle Room nieco lata, a to za sprawą limitowanej kolekcji Life's A Beach, która niesie ze sobą lekkie morskie nuty. 

Jednym z zapachów w tej kolekcji jest Wild Sea Grass, czyli aromat trawy morskiej z paprocią i lilią wodną, uzupełniony o energetyczną dawkę owoców i mięty. 

 
Może uznacie mnie za wariatkę, ale po pierwszym powąchaniu Wild Sea Grass, całkowicie się w nim zakochałam! Zdecydowałam się od razu sięgnąć po słoik, a nie po wosk na wypróbowanie, bo byłam przekonana, że zapach okaże się piękny. 


Świecę odpaliłam, gdy tylko miałam okazję i wiedziałam, że będę dłuższy czas siedziała w domu. Ustawiłam słoik na stoliku w dużym pokoju, podpaliłam knot i czekałam na zapach. Bardzo byłam podekscytowana, zresztą zawsze jestem, gdy mam okazje testować jakieś nowości :D
Z początku zapach był bardzo delikatny, niósł ze sobą ledwo wyczuwalną herbacianą nutę. Dopiero po jakiejś godzinie nabrał mocy i był wyczuwalny za każdym razem, gdy wchodziło się do pokoju, ale ulatniał się, gdy już się w nim przebywało. Wydaje mi się, że to taki typ zapachu, który jest tak naturalny, że szybko można się do niego przyzwyczaić. Im dłużej świeca się paliła, tym aromat stawał się głębszy. Delikatnie cytrusowy, świeży i nie wiem jak to określić, ale taki trawiasto – herbaciany, ogólnie bardzo intrygujący. 

 
Jednak jest coś, co nie każdemu może się spodobać w Wild Sea Grass, a mianowicie to, że przy długim paleniu w pomieszczeniu jego aromat robi się lekko „łazienkowy”. Dlaczego wspominam, że w pomieszczeniu, ponieważ paliłam też świecę na dworze i tam jej aromat był dużo świeższy i subtelniejszy.


 
Jeżeli mowa o intensywności Wild Sea Grass, to jest zadowalająca, powiedziałabym, że na poziomie średnim. Zapach przy długim paleniu nie staje się zbyt męczący, a jest dobrze wyczuwalny.
Mnie ten aromat bardzo przypadł do gustu i przy każdym kolejnym powąchaniu świecy odkrywam w nim coś więcej. Czasem pachnie herbatą, a czasem świeżym praniem, więc jak widać, to dosyć ciekawa kompozycja :)


wtorek, 9 czerwca 2015

Cappuccino Truffle

Mam wrażenie, że pogoda nam się ostatnio bardziej ustabilizowała. Dni są ciepłe , a wieczory nieco chłodniejsze, co daje przyjemne wytchnienie po dniu pełnym gorącego słońca.

W porze letniej w moim domu jest dosyć chłodno. Nawet, jak na dworze jest 40 stopni, to w domu potrafi być nieco ponad 18. W bardzo gorące dni, to zdecydowana zaleta, jednak gorzej jest, gdy pod wieczór już się ochładza, a w domu nadal 18 stopni.

Gdy słońce świeci cały dzień, to często wpada do domu moja siostra, która na stałe mieszka w Warszawie. Wtedy właściwie cały dzień siedzimy na dworze i opalamy się albo po prostu wygrzewamy na słońcu. Problem pojawia się, gdy po takim całym dniu w cieple nagle wchodzi się do chłodnego domu. W pierwszej chwili to dosyć przyjemne, jednak gdy przebywa się w nim dłużej, to zwyczajnie robi się zimno. W efekcie czego po 30 minutach siedzenia w pokoju i oglądania filmu, obie zawinęłyśmy się w koce...

Czasem chłód można przezwyciężyć nie tylko gorącą herbatą, ale też wprowadzeniem nieco cieplejszej atmosfery, a jaki jest lepszy na to sposób, jak nie wosk skomponowany z ciepłych nut zapachowych.

Tym razem jednak nie szukałam wśród cynamonów i wanilii, a zdecydowałam się sięgnąć po Cappuccino Truffle z kolekcji Caffe Culture, która nie tak dawno zawitała do Candle Room. 

 

Kominek ustawiłam na niskiej szafce w pokoju, umieściłam w miseczce cały wosk, podpaliłam tea light i szybko wróciłam pod ciepły koc.

Na uwolnienie się zapachu czekałam i czekałam, i nic właściwie nie wyczuwałam chyba, że byłam blisko kominka. Pomyślałam sobie , że może miejsce jest złe, bo zazwyczaj stawiam kominek na szafie, żeby mieć pewność, że nikt go nie strąci. Ostrożnie więc przestawiłam go na szafę, uważając przy tym by nie zalać wszystkiego dookoła roztopionym już woskiem.




To był dobry pomysł!

Wosk zaczął w końcu uwalniać swój zapach, a może po prostu jakieś dobre prądy go rozprzestrzeniały :) Tak czy inaczej aromat zaczął krążyć po pokoju i wypełniać przestrzeń przyjemną kakaową nutą. Kawa natomiast, która też jest w Cappuccino Truffle dodawała tylko delikatnie cieplejszych nut temu zapachowi, ale według mnie nie była dominująca. Cała ta kompozycja pobudziła w mojej głowie skojarzenie ze słonecznym porankiem, gdy temperatura nie jest jeszcze uciążliwa i można się napić świeżo zaparzonej, jeszcze parującej kawy ze śmietanką. Tak, to wyobrażenie zdecydowanie pomogło w ogrzaniu atmosfery zbyt chłodnego domu :)

Aromat bardzo przypadł mi do gustu, bo pewnie nikogo nie zdziwi fakt, że jestem „czekoladoholiczką” , więc wszelkie kakaowo – czekoladowe nuty znajdą miejsce w moim zapachowym świecie :D



Przyznaję, że z początku nie byłam przekonana co do tych aromatów, jednak po zapaleniu wiem, że to kolejna smaczna propozycja Yankee Candle. Aromat z całą pewnością przypadnie do gustu tym, którzy sięgnęli wcześniej po limitowany zapach Chocolate Layer Cake bądź spodobał im się Salted Caramel, czy też skradła im serce kolekcja zapachów „tortowych” Yankee :)




środa, 3 czerwca 2015

Zapach miesiąca w czerwcu

Czerwiec, to ostatni przystanek przed błogim czasem wakacji :) Niesie on  ze sobą ostatni podmuch pachnącego kwiatami wiosennego powietrza i pierwszy cieplejszy prąd lata. Do Candle Room czerwiec przyniósł dwa piękne zapachy, które skuszą każdego miłośnika zarówno owocowych jak i waniliowych aromatów.
Stanie się tak za sprawą dwóch dedykowanych na ten miesiąc zapachów – Sweet Apple oraz Vanilla Cupcake.


Pierwszy z nich, czyli Sweet Apple, to aromat chrupiącej skórki jabłka otoczonej otulającą wanilią. Powinien skraść serce każdemu, kto uwielbia ciepłe, ale i owocowe aromaty. Sweet Apple może spodobać się tym, którzy wcześniej sięgnęli np. po wycofany już Macintosh lub Tarte Tatin.


Vanilla Cupcake natomiast, to zapach waniliowych babeczek oblanych słodkim cytrynowym lukrem. Ten aromat powinien skusić każdego zapachowego łasucha, a przede wszystkim fanów słodkich i intensywnych zapachów jak np. Christmas Cookie lub wycofany już Red Velvet.


Przyszykowaliście już miejsce na półkach, na te dwa czerwcowe zapachy?

środa, 27 maja 2015

Red Raspberry


W tym roku na walentynki Yankee Candle wprowadziło dwa specjalne zapachy dedykowane zakochanym :) - Red Raspberry i wcześniej opisywany już przeze mnie Pink Grapefruit. Ponieważ ostatnio pogoda nie jest już taka łaskawa, postanowiłam wprowadzić odrobinę słońca z pomocą malinowej słodyczy.
Gdy tylko oba zapachy przyjechały do sklepu (a było to już jakiś czas temu) od razu wzięłam się za wąchanie. 


Po otwarciu słoika o zapachu Red Raspberry, przeniosłam się w czasy dzieciństwa. Stało się tak dlatego, że aromat świecy skojarzył mi się ze smakiem Hubby Bubby Bubble Tape. Tak, tak w dzieciństwie byłam łasuchem :). Do dziś mam słabość do słodkich łakoci. 


Wrócę jednak do wosku i jego zapachu. Red Raspberry, to według producenta aromat słodkich malin z dodatkiem mandarynki i porzeczki, a ta owocowa mieszanka uzupełniona jest odrobiną piżma. Chyba się ze mną zgodzicie, że brzmi to bardzo zachęcająco!
Podczas wyjmowania wosku z folii zapach wydał mi się dość intensywny. Dlatego użyłam tylko połówki. Zapaliłam tea light i właściwie na aromat długo nie musiałam czekać. Pojawił się on momentalnie! Rozgościł się w pokoju, a gdy drzwi były uchylone, wyczuwalny był również na korytarzu. 

 
Co do samego aromatu, to muszę przyznać, że bardzo miło mnie zaskoczył. Znając produkty Yankee Candle myślałam, że jak w przypadku większości zapachów, po zapaleniu wosk zmieni swoje nuty, a tu proszę, taka niespodzianka – dokładnie taki sam aromat, jak przy wąchaniu na sucho!
Czyli w zasadzie jaki? Moim zdaniem są to dojrzałe maliny zatopione w cudownie słodkiej konfiturze. Choć dla niektórych zapach może wydawać się nieco sztuczny, mi zupełnie to nie przeszkadza. Właśnie ta nienaturalność nasuwa na myśl moje skojarzenia z Hubbą Bubbą :D


Wosk paliłam około 2 godzin. Z chęcią delektowałabym się jego aromatem dłużej, jednak zapaliłam go po godzinie 20. Uznałam, że zapach jest trochę za intensywny, bym mogła się wyciszyć przed nocą. Gdy wosk zastygł, mogłam cieszyć się znaczne delikatniejszym, choć ciągle wspaniale słodkim aromatem malin. Jeszcze następnego dnia rano wyczuwałam lekką malinową otoczkę w pokoju :D


Red Raspberry to dosyć intensywny aromat. Wydaje mi się , że idealnie sprawdzi się na większych przestrzeniach. Powinien znaleźć zwolenników wśród tych, którym podobają się Pink Dragon Fruit, Summer Scoop, Cranberry Pear czy Pink Sands.
Mieliście okazję palić już Red Raspbery? Może komuś zgodnie z przeznaczeniem skradł serce na walentynki? :D A może to Wasza wiosenna miłość?

Serenady, jaśmin i cukierki czyli jak i kiedy świętuje się Dzień Matki na świecie?

W Meksyku mamy mogą dostać serenadę. W Tajlandii - jaśmin. A w Serbii? Tam mama czasem musi „wykupić się” słodyczami. To samo święto, a tyle...